Kanały:
Wpisy
Komentarze

Bzdet

I need serenity
In a place where I can hide
I need serenity
Nothing changes, days go by

Where do we go when we just don’t know
And how do we relight the flame when it’s cold
Why do we dream when our thoughts mean nothing
And when will we learn to control

Na blogu, jako szkice, już od parunastu dni czekają dwa wpisy. Recenzja gry oraz albumu muzycznego. Choć bardzo chcę, nie potrafię posiedzieć trochę przy nich, by wreszcie mogły zostać opublikowane. Lenistwo, czy brak wewnętrznej potrzeby?
Przespałem prawie trzy godziny, a po wstaniu uświadomiłem sobie, że mam dziś na wszystko straszliwie mało czasu. Po tym doszedłem do wniosku, iż na szczęście, nie mam absolutnie nic do roboty. Coś napisać i pójść spać, tyle. Problemem jest jednak to, że mimo snu i tak jestem na to zbyt zmęczony.
Dlatego też… idę spać.

Weryzm

Hear the silence
Preaching my blame.
Will our strength remain
If their power reigns?

See who I am,
Break through the surface.
Reach for my hand,
Let’s show them that we can
Free our minds and find a way.
The world is in our hands,
This is not the end.

Ależ te tramwaje teraz wolno tu jeżdżą. Śmiem nawet twierdzić, iż dojście na pieszo do mojego celu, zajęłoby mi o wiele mniej czasu niż gnicie w tym wagonie. Ale po co się przemęczać, skoro w kieszeni spodni spoczywa migawka. Trzeba korzystać, bo szkoda pieniędzy. Poza tym, kropi, a ja wolę być póki co suchy, przynajmniej na razie.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, iż ta powolność wynika z wypadku, który miał miejsce tu ponad tydzień temu. Tramwaj wracał do zajezdni ze względu na awarię i nie zatrzymywał się na przystankach, o czym niestety nie wiedział pewien pan, który chciał dostać się po prostu na drugą stronę ulicy. W gazetach mało o tym pisano albo przynajmniej mnie udało się znaleźć tylko jeden artykuł. Przyznać muszę, że był napisany bardzo skromnie. Wiek ofiary, płeć motorniczego, bo oczywiście ktoś musiał zaznaczyć, iż był on kobietą i cała reszta tekstu poświęcona narzekaniom tutejszych na brak odpowiedzi ze strony władz miasta. O samym wypadku, niestety bardzo mało. Chociaż w końcu nie mogę wymagać, by pisali o tym, że tramwaj wpierw przeciągnął faceta parę, czy nawet paręnaście metrów, a potem przeciął jego ciało na trzy kawałki. Do tej pory nawet jest ślad między szynami. Widok nie był przyjemny i z pewnością reszta świadków wolałaby o nim zapomnieć, więc w sumie, autor artykułu postąpił właściwie.
Widok łączenia wszystkiego w jedną część i pakowania jej do plastikowego worka zmusza do refleksji. Bynajmniej nie mówię tu o jakimś panicznym strachu, urazie, czy coś. Chyba na okrucieństwo tego typu wypadków jestem bardziej odporny niż przeciętny człowiek. W każdym razie, chodzi mi o kruchość ludzkiego życia. Dochodzi się do wniosku, iż życie najbliższych jest wyjątkowe jedynie z perspektywy własnej osoby. Skoro spotkało to obcego człowieka, to równie dobrze może przytrafić się znajomej duszy. Ludzie umierają codziennie przez głupotę innych i zawsze może to dotknąć kogoś z otoczenia. Oby, jeśli już musi tak być, była to jakaś daleka istota. Z drugiej strony, czemu zakładać od razu najgorsze? Jeśli jakaś osoba jest komuś bliska, to taki ktoś powinien życzyć jej jak najlepiej i nie dopuścić, by spadł jej choć jeden włos z głowy. Gorzej, jeśli jest się bezsilnym. Wtedy zostaje tylko troska i zamartwianie się. Nienawidzę tego. Choć przyznać muszę, iż zapewne właśnie dzięki temu, wiedza, że ktoś ma się dobrze i nic mu się złego nie przytrafiło, przynosi tak wspaniałe uczucie. Nie zmienia to jednak faktu, że samo dobre życzenie jest warte właściwie tyle, co nic i o bezpieczeństwo osoby bliskiej trzeba zadbać samodzielnie. Jednak od samego pisania, czyny nie następują. Chciałbym móc zrobić tak wiele dla tej Osoby, a póki co jestem tak ograniczony…
W każdym razie, parę dni później, prawie w tym samym miejscu, samochód potrącił kobietę, która trafiła do szpitala w stanie ciężkim. Niestety nie wiem, czy przeżyła. Nie muszę chyba mówić, że była to wspaniała gratka dla zrzęd i sępów, którzy od razu ponownie oskarżyli o to władze miasta. Muszę nawet przyznać, że mieli trochę racji. Wiadukt, brak sygnalizacji świetlnej, więc kierowcy jeżdżą niczym płatni dawcy organów, niestety nie swoich. Z drugiej strony, nie tylko w tej okolicy tak jest. W innych jest nawet jeszcze gorzej, więc czemu właśnie ta dzielnica zasługuje na polepszenie sytuacji? Odpowiedź jest prosta, nie zasługuje. Zresztą, nie ja tu decyduję. Nie zależy mi w każdym razie na moim bezpieczeństwie, więc ta okolica jest mi naprawdę obojętna.
O, mój przystanek. Aż nie wierzę, że dojechałem.

Poczekalnia u lekarza to jedno z najgorszych miejsc, jakie znam. Mam się jeszcze dodatkowo zarażać od innych? Starczą mi moje dolegliwości, dziękuję bardzo. W dodatku te bachory, a na te akurat zawsze trafię. Latają po całym korytarzu, drą ryje, a rodzice to olewają. Jak można tak kogokolwiek wychować? Swoją drogą, ciekaw jestem, czy zauważyliby, gdybym którejś z pociech wyrwał język. Pewnie nie, bo w końcu nie mają czasu na pierdoły, więc co jeszcze stoi na przeszkodzie do wspaniałej ciszy? To pewnie niechęć do kontaktu między własną dłonią, a gębą smarka. Kto wie, jakie on tam rzeczy zdążył wyhodować.
Pierwsza osoba poszła, zostały jeszcze trzy, a gówniarz wali pospolitego focha, drąc japę niczym Chylińska za czasów zespołu O.N.A. Chociaż nie, ona akurat to ładniej robiła.
Może się powtarzam, ale jakim cudem nie przeszkadza to rodzicom i innym pacjentom? No, może z tymi drugimi nie jest tak kolorowo, aczkolwiek nie mogę mieć pewności, bo sam wolę czekać z dala od innych, za ścianą, więc nie widzę ich reakcji. Ale co z opiekunami? Chociaż z drugiej strony, skoro właśnie tak bachora wychowali, to nie powinienem się dziwić, że nadal to akceptują. Poczekajcie jeszcze parę lat, wtedy z pewnością zostaniecie nagrodzeni za swą postawę, zobaczycie. Przyjmując oczywiście, że do tego czasu nikt tego gnoja nie zabije. W końcu, wypadki chodzą po ludziach, jak już to zauważyłem.
Drugi pacjent, ależ zawrotna prędkość. Trzeba się skupić na czymś innym.
Lufcik. Kwadratowa perfekcja. Umiejscowiony zbyt wysoko, by cokolwiek z nim zrobić oraz otwarty, celem poprawy zdrowia wszystkich tu obecnych. Za nim dostrzegam niesamowitą czerń, tak wspaniałą i… nudną.
Wtem, przed moimi oczami pojawia się ochroniarz. Podchodzi do drzwi znajdujących się nieopodal, zagląda do pomieszczenia i wraca do swojej tajemnej kryjówki.
Sala do ćwiczeń rehabilitacyjnych, no tak. Pewnie musiał się upewnić, czy nikt przypadkiem nie wyniósł z przychodni rowerka albo innej zabawki.
Trzecia osoba. Proszę, z tą jakoś szybko poszło. Jeszcze tylko jedna.
Dzieciak najwidoczniej zmęczył się ciągłym krzyczeniem i zaczął biegać po korytarzu.
A żebyś tak się potknął i spadł ze schodów. Zresztą, chrzanić go. By zabić czas, trzeba pomyśleć o miłych rzeczach. Dajmy na to, jutrzejszym dniu. Środa. Chyba najbardziej znienawidzony przeze mnie dzień. Za każdym razem budzę się o czwartej i nie mogę już zasnąć, a efektem tego jest późniejszy brak możliwości skupienia się czymkolwiek. Odkąd pamiętam, zawsze środa była najgorzej rozplanowanym dniem. Kojarzy mi się z nią tylko strasznie naciągany lęk, stres i przede wszystkim, olbrzymie zmęczenie. Przeklęty środek tygodnia. Przynajmniej parę tygodni temu okazała się być najlepszym dniem, ale jutro tak z pewnością nie będzie. Obym przeszedł przez tę dobę bez żadnych problemów.
I tak przyszła pora na mnie…

Zdrowy. Nie tego się spodziewałem. Kaszlę niczym palacz, a tu dowiaduję się, iż jest to wynik podrażnienia gardła. Dobrze, że nie ma to żadnego związku z chorobą, ale wolałbym bardziej precyzyjną diagnozę. Cóż, przynajmniej okres zapalenie gardła i przeziębienia mam już za sobą.
Wychodząc z przychodni, dostrzegłem odjeżdżający tramwaj.
Nic nie szkodzi, już mogę trochę zmoknąć. Przejdę się pod czarnym jak smoła niebem, a co tam.

W połowie drogi zwróciłem uwagę na jedną latarnię. Jej blask przepięknie oświetlał spadające krople deszczu i choć marzłem, poświęciłem na podziwianie tego obrazu jeszcze parę chwil.
– Piękne.

Sztampa

Now I’m trying again to find
The thing that was my mind
Behold the other side
Cause then I’ve lost my mind
Try again to find
The thing that was my mind

I’ve lost my mind

I’ve lost it!
I’ve lost it!

Odpoczywam, przynajmniej tak sobie wmawiam. Leżę na łóżku, wpatrując się w zaciemniony sufit. Pokój oświetla jedynie wygaszacz monitora.
Przyjacielu, znajdujący się nade mną, coś taki ponury? Świat jest przecie rzekomo piękny! Co prawda słowami tymi wojują jedynie ślepcy i głusi, ale coś w tym być musi. Wyprzedzę jednak twoje pytanie, którego i tak byś nigdy nie zadał – nie mam żadnego pojęcia co. Ale czyż narzekanie nie jest przypadkiem domeną gatunku ludzkiego? Troszkę godności, kolego! Aczkolwiek rację trzeba przyznać, nie potrafię być optymistą. Może kiedyś się nim stanę, ale muszę wpierw odbyć jeszcze wiele rozmów z martwymi przedmiotami. Tylko się nie obrażaj!
Jak na moje szczęście przystało, do tramwaju wsiadam na przystanku koło rynku. Wiąże się to z niewiarygodnym tłokiem wydobywającym się z ów pojazdu. I tym razem musiałem grzecznie poczekać parędziesiąt sekund, by móc wreszcie pokonać dwa schodki i zająć najbliższe, wolne miejsce.
Jeszcze tylko trochę, a dotrę do domu. Będę mógł wreszcie częściowo zdjąć maskę, przestać udawać. Naprawdę irytującym jest to, że nie mogę być sobą. Gdy rano wstaję i ruszam do mojego stałego celu, muszę zachowywać się dokładnie tak samo, jak bezmózgi, z którymi będę zmuszony spędzić parę, najbliższych godzin. Oczywiście moje zasady są dla mnie nadal najważniejsze, ale samo kamuflowanie się jest męczące. Czego jednak się nie robi dla spokoju. Wśród debili muszę udawać debila, bym nie został nazwany debilem. Trudno, w końcu to przejściowe, poradzę sobie.
Wreszcie tramwaj dojeżdża do mojego przystanku, a ja ruszam w kierunku swojego domu.
Jeszcze tylko parę kroków i koniec.
Drzwi jak zwykle otwarte, nic nowego. Nie mam bynajmniej najmniejszego zamiaru ich zamykać. Co się będę mieszać.
Miły widok, winda na parterze. Najgorszym jest zobaczyć, iż ta znajduje się na samej górze lub, że mimo przywołania, nadal stoi na danym piętrze. Niestety, ludzie mają swoje nawyki i tego się nie zmieni.
Jeszcze tylko przekręcenie klucza i mogę przestać udawać, choć też nie do końca. Istnieje tylko jedno Towarzystwo, przy którym mogę być naprawdę szczery. Niestety z mym mieszkaniem niewiele ma ono wspólnego.
Powitalne odgłosy. To takie naciągane i sztuczne. Jeszcze parę godzin temu kłóciliśmy się, czego efektem było zamknięcie z hukiem drzwi, a teraz nagle ktoś tu jest miły. Mnie nie obchodzi ich dzień i liczę na wzajemność pod tym względem.
Jedynie pies chyba naprawdę się cieszy na mój widok. Podbiega, skacze, szczeka, piszczy. Niby samotnik, ale każdy gość jest dla niego czymś wyjątkowym. Szkoda, że przez to ową oryginalność tracę.
Wchodzę do pokoju, zamykam drzwi, zdejmuję ciuchy z górnych partii ciała i kładę się na łóżku.
Chwila odpoczynku.
Potem siadam do komputera. Dla jedynej Osoby, z którą chcę rozmawiać i jedynej, z której widoku się ucieszę. Dziś bym w końcu sobie bez Niej nie poradził…

Kaźń

I know this can’t be right
There’s got to be something more that I can live for
And I can only hide
Inside of this sickness for so long again

Mój rytuał stracił swój niepowtarzalny urok już jakiś czas temu. Z niedowierzaniem wspominam, jak zwykła, niedzielna kąpiel potrafiła mnie zrelaksować. Dostrzegałem wtedy piękno kolejnych kropel gorącej wody, których głównym celem było ogrzanie mojego ciała. Unosząca się zaś para działała niczym legalny narkotyk, który na parę chwil zabierał mnie z szarego świata i wiódł do niezbadanych krain.
Niestety, muszę podkreślić w tym wszystkim czas przeszły. W pewnym momencie wszystko się zmieniło, a łazienka stała się zwykłym pomieszczeniem. Brak swoistej magii, rutyna, normalność. A czemu? Nie mam bladego pojęcia.
Przypomniałem sobie o tym niestety dzisiejszego wieczoru. Gdy woda dochodziła do kolejnych partii ciała, ja czułem tylko znudzenie, nic więcej. Na szczęście przygotowałem się na to, zabierając ze sobą odtwarzacz MP3.
Muszę również z nieukrywaną dumą dodać, iż ostatnio całkowicie go sformatowałem i wgrałem wszystko na nowo, ale tym razem z rozsądkiem, czego efektem jest brak konieczności kupowania nowego. Jeden gigabajt spokojnie starczył na te utwory, których najczęściej słucham. Błahostka, a cieszy.
Zabijałem więc czas słuchając muzyki. Najpierw trochę spokojnych brzmień, potem mocniejszych i na powrót tych pierwszych. Gdy jednak przypomniałem sobie, iż dzisiejsza niedziela nie należy już do tych, w trakcie których nie muszę się martwić o obowiązki, wrzuciłem szybko odtwarzacz do pobliskiej miski i rozpocząłem sekcję codziennego prysznica. I po co się na kupno gąbki decydowałem?
W końcu nadszedł decydujący moment. Wanna była już pusta, a ja stałem przed lustrem. Pozostała mi już tylko jedna kwestia.
”Niestety, dzisiejszy dzień jest ostatnim w waszym krótkim życiu. Powstałyście z fałszywej opinii o zamiłowaniu do dłuższych włosów, około dwa lata temu. Od tego czasu służyłyście mi wzorowo. Mogłem być z was dumny i cieszyć się, że potrafiłem stworzyć coś tak dobrego. Przeżyliśmy razem wiele gorszych chwil, ale też o wiele więcej lepszych. Niestety, gdy na jaw wyszło, iż przekonanie o długich włosach było wynikiem dodatkowych środków, nie ma już tu dla was miejsca. Ostatnim aktem szacunku jest pozostawienie was na sam koniec, już po reszcie twarzy, karku i pachach. Żegnajcie, baki!
Włączyć golarkę!… cel… golić!”
I tak własnoręcznie uśmierciłem swych towarzyszy.
Pogrążony w żałobie, znalazłem się w swoim pokoju i w pewnej chwili spojrzałem na zegar.
Brak jakiegokolwiek sygnału o tej godzinie? Niedobrze…

Opar

Look into my eyes – you will see
What you mean to me
Search your heart – search your soul
And when you find me there you’ll search no more

Don’t tell me it’s not worth tryin’ for
You can’t tell me it’s not worth dyin’ for
You know it’s true
Everything I do – I do it for you

Za parę minut wybije trzecia. Siedzę przy oknie, opierając głowę na jednej ręce. Podziwiam najbliższy krajobraz, który jest jednak mocno ograniczony przez mgłę, właściwie to do minimum. Dostrzec można tylko światło pojedynczych latarni, starających się rozświetlić mrok nocy. Lubię mgłę mimo, iż jest ona jednym z elementów jesieni. Według mnie, ma ona swój niepowtarzalny klimat, wiążący się nawet z romantyczną atmosferą, niestety niezbyt dobrze przyjmowaną przez… cóż, co poradzić. Dla mnie będzie ona nadal jedną z najwspanialszych i niepowtarzalnych rzeczy. Jestem romantykiem i chyba nic na to nie poradzę.
Nie śpię, bo nie chcę. Do tej pory po głowie krążą mi resztki wspomnień po ostatnim śnie i choć co prawda nie to jest przyczyną, z pewnością ma tym również swój udział. Chcąc jakoś wykorzystać ostatnie chwile wolności, chcę jak najmniej czasu poświęcić na spanie. Wiem dobrze, że o wiele lepiej bym zrobił, gdybym odpoczywał, ale głowa mi na to nie pozwala. Jak zaczęła boleć przed północą, tak trzyma nadal. Pewnie to właśnie wynik niewyspania, ale co poradzić.
Takie noce zwiększają poczucie samotności i tęsknoty. Zresztą, pisałem już o tym kiedyś. O ile w dzień mógłbym sobie pozwolić na jakikolwiek kontakt, który w jakiś sposób pozbyłby się tych odczuć i zapewniłby swoistą bliskość, czułość, to teraz mogę o tym zapomnieć. Tylko ja jestem na tyle głupi, by o takiej godzinie jeszcze nie spać. Zostaje więc dalsze wyglądanie przez okno.
Mgła stara się wszystko okryć. Dokładnie tak samo, jak jakieś dwa lata temu na jednym przystanku. Pewnie właśnie dlatego tak dobrze mi się kojarzy. Może i jest to prostackie, ale ja naprawdę przywiązuję do takich rzeczy wagę. Piękno nocy ukrywające się we mgle. Och, tęsknota wraca.
Ale mgła nadal trzyma mnie w swych objęciach…

Nawyczka

When I walk out to get my mail
It measures on the Richter scale
Down at the beach I’m a lucky man
I’m the only one who gets a tan
If I have one more pie ala mode
I’m gonna need my own ZIP code

Masło. Utrzymuje składniki kanapek na swoim miejscu, poprawia nieco ich smak i  powiększa tyłki jadaczy. Właściwie, to jest mi obojętne, czy ów tłuszcz znajdzie się na moim kawałku chleba. To nastawienie zmienia się jednak, gdy zaczyna chodzić o własnoręczne przyrządzenie pokarmu. Wtedy masło staje się moim największym wrogiem i właśnie ono rozpoczyna wojnę. Korzystać, czy nie? Walczyć z niedoskonałością, czy nie? Zrezygnować z jedzenia, czy nie?
Nie mam problemu ze smarowaniem kanapek. Wyjątkiem są sytuacje, w których masło jest twarde jak lód. Wtedy nawet nie próbuję się z nim pojedynkować, tylko od razu odrzucam jego uczestnictwo w moim kulinarnym spektaklu. Swoją drogą, po co ludzie ciągle wkładają masło do lodówek? Jestem jeszcze w stanie zrozumieć okres letni, gdy tłuszcz pozostawiony na blacie w kuchni mógłby się po prostu upłynnić, ale co z jesienią, zimą i wiosną? Wtedy jest przecież chłodno i nie trzeba się martwić o szybką zmianę stanu skupienia. Po co sobie na siłę życie utrudniać?
W każdym razie, nie w tym problem. Uwielbiam, gdy wszystko jest równo i nic nie wychodzi przed szereg. Ot, takie zboczenie. Niestety, smarując chleb masłem, nigdy się czegoś takiego nie osiągnie. W którymś miejscu, warstwa tłuszczu będzie zawsze inna niż na reszcie kanapki. Często zdarza się również, iż masło nie znajduje się wszędzie, pozostawiając jakiś obszar suchy niczym wiór. Wiem oczywiście, że nie o to chodzi w smarowaniu chleba, jednak i tak odczuwam z tego powodu pewien dyskomfort. Ma być równo i tyle!
Stałem więc nad talerzem i zastanawiałem się.
Warto narażać się na niedoskonałość? Wprawdzie i tak jest ona wszechobecna, ale czy jest sens jeszcze sobie jej dokładać? Z drugiej strony, nie ma nad czym tracić czasu. Składniki są takie, że bez smarowania, musiałbym się nieźle natrudzić, by wszystko zostało w obrębie mojej dłoni.
Dlatego też wziąłem się za smarowanie masłem trzech kawałków chleba. Gdy udało mi się to skończyć, zbliżyłem się do lodówki.
Właściwie, to sam nie wiem, po co robię sobie jeść. Wytrzymałem cały dzień bez niczego w ustach, nie licząc oczywiście połowy bułki, która była potrzebna do leku, więc po co to psuć? Głodny strasznie nie jestem, ale najwidoczniej tak być musi i tyle.
Wziąłem kiełbasę oraz ser i wróciłem do kawałków chleba.
Kroić też nie lubię, dokładnie z tego samego powodu. Kolejne kawałeczki kiełbasy nie są sobie równe, co działa mi na nerwy. Choćbym nie wiem, jak się starał, zawsze będzie tę parę milimetrów różnicy. Dobrze chociaż, że ser został kupiony już pokrojony.
Ułożyłem plasterki wędliny na chlebie, a wtedy pojawił się problem z równym ustawieniem. To już akurat drobiazg, ale i tak przykuł moją uwagę. Postanowiłem więc ułożyć kawałki jeszcze raz, tym razem parami, po pięć rzędów. Całość przykryłem plastrem sera, na którym rozsmarowałem trochę koncentratu pomidorowego i dodałem odrobinę pieprzu. Smak tego jest nie najlepszy. Określiłbym go nawet mianem niezbyt dobrego, ale przyzwyczajenie robi swoje. Kiedyś robiłem takie połączenia i jak widać mi zostało, nawet, jeśli uważam to za ohydztwo.
Genialnie, jeszcze tylko dwa, pozostałe kawałki chleba.
Tak ogólnie, to rzadko przywiązuję tak do tego uwagę. Tylko od czasu do czasu, miewam wrażenie, iż równość jest najważniejsza. Nie wiem, od czego to zależy. Chyba mam tak tylko wtedy, gdy dopada mnie ogromna nuda. Zapewne więc, nie jest to czymś niezwykłym, na całe szczęście.
Gdy skończyłem przygotowywać kanapki, włączyłem czajnik i wyjąłem szklankę. Albo nie, to się kubkiem nazywa, mój błąd. Wsypałem standardowo dwie łyżeczki cukru i wrzuciłem saszetkę herbaty. Po chwili, z czajnika zaczęła buchać gorąca para, więc zalałem wcześniej przygotowany zestaw. Jeszcze tylko wymieszanie i mogłem wrócić do siebie.
Zdążyłem idealnie na ostatnie sceny Dextera w telewizji.
Finałowy odcinek pierwszej, czyli według mnie najlepszej, serii. Ostatni raz widziałem go gdzieś z rok temu. To całkiem miłe, że stacja TVN7 postanowiła znowu puścić ten sezon. Szkoda tylko, iż są to już ostatnie momenty.
W spokoju zjadłem, podziwiając końcowe momenty serialu i postanowiłem się na chwilę położyć.
Odnośnie oglądania i jedzenia, to taki nawyk. Gdy spożywam pokarm, po prostu muszę robić coś jeszcze. Najlepiej działa na mnie wtedy czytanie, jednak nie zawsze mam taką możliwość. Czasem więc muszę obejść się smakiem i zadowolić telewizją.
Po krótkim odpoczynku, odniosłem naczynia, usiadłem do komputera i wziąłem się za pisanie…

Starsze wpisy »