Hear the silence
Preaching my blame.
Will our strength remain
If their power reigns?
See who I am,
Break through the surface.
Reach for my hand,
Let’s show them that we can
Free our minds and find a way.
The world is in our hands,
This is not the end.
Ależ te tramwaje teraz wolno tu jeżdżą. Śmiem nawet twierdzić, iż dojście na pieszo do mojego celu, zajęłoby mi o wiele mniej czasu niż gnicie w tym wagonie. Ale po co się przemęczać, skoro w kieszeni spodni spoczywa migawka. Trzeba korzystać, bo szkoda pieniędzy. Poza tym, kropi, a ja wolę być póki co suchy, przynajmniej na razie.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, iż ta powolność wynika z wypadku, który miał miejsce tu ponad tydzień temu. Tramwaj wracał do zajezdni ze względu na awarię i nie zatrzymywał się na przystankach, o czym niestety nie wiedział pewien pan, który chciał dostać się po prostu na drugą stronę ulicy. W gazetach mało o tym pisano albo przynajmniej mnie udało się znaleźć tylko jeden artykuł. Przyznać muszę, że był napisany bardzo skromnie. Wiek ofiary, płeć motorniczego, bo oczywiście ktoś musiał zaznaczyć, iż był on kobietą i cała reszta tekstu poświęcona narzekaniom tutejszych na brak odpowiedzi ze strony władz miasta. O samym wypadku, niestety bardzo mało. Chociaż w końcu nie mogę wymagać, by pisali o tym, że tramwaj wpierw przeciągnął faceta parę, czy nawet paręnaście metrów, a potem przeciął jego ciało na trzy kawałki. Do tej pory nawet jest ślad między szynami. Widok nie był przyjemny i z pewnością reszta świadków wolałaby o nim zapomnieć, więc w sumie, autor artykułu postąpił właściwie.
Widok łączenia wszystkiego w jedną część i pakowania jej do plastikowego worka zmusza do refleksji. Bynajmniej nie mówię tu o jakimś panicznym strachu, urazie, czy coś. Chyba na okrucieństwo tego typu wypadków jestem bardziej odporny niż przeciętny człowiek. W każdym razie, chodzi mi o kruchość ludzkiego życia. Dochodzi się do wniosku, iż życie najbliższych jest wyjątkowe jedynie z perspektywy własnej osoby. Skoro spotkało to obcego człowieka, to równie dobrze może przytrafić się znajomej duszy. Ludzie umierają codziennie przez głupotę innych i zawsze może to dotknąć kogoś z otoczenia. Oby, jeśli już musi tak być, była to jakaś daleka istota. Z drugiej strony, czemu zakładać od razu najgorsze? Jeśli jakaś osoba jest komuś bliska, to taki ktoś powinien życzyć jej jak najlepiej i nie dopuścić, by spadł jej choć jeden włos z głowy. Gorzej, jeśli jest się bezsilnym. Wtedy zostaje tylko troska i zamartwianie się. Nienawidzę tego. Choć przyznać muszę, iż zapewne właśnie dzięki temu, wiedza, że ktoś ma się dobrze i nic mu się złego nie przytrafiło, przynosi tak wspaniałe uczucie. Nie zmienia to jednak faktu, że samo dobre życzenie jest warte właściwie tyle, co nic i o bezpieczeństwo osoby bliskiej trzeba zadbać samodzielnie. Jednak od samego pisania, czyny nie następują. Chciałbym móc zrobić tak wiele dla tej Osoby, a póki co jestem tak ograniczony…
W każdym razie, parę dni później, prawie w tym samym miejscu, samochód potrącił kobietę, która trafiła do szpitala w stanie ciężkim. Niestety nie wiem, czy przeżyła. Nie muszę chyba mówić, że była to wspaniała gratka dla zrzęd i sępów, którzy od razu ponownie oskarżyli o to władze miasta. Muszę nawet przyznać, że mieli trochę racji. Wiadukt, brak sygnalizacji świetlnej, więc kierowcy jeżdżą niczym płatni dawcy organów, niestety nie swoich. Z drugiej strony, nie tylko w tej okolicy tak jest. W innych jest nawet jeszcze gorzej, więc czemu właśnie ta dzielnica zasługuje na polepszenie sytuacji? Odpowiedź jest prosta, nie zasługuje. Zresztą, nie ja tu decyduję. Nie zależy mi w każdym razie na moim bezpieczeństwie, więc ta okolica jest mi naprawdę obojętna.
O, mój przystanek. Aż nie wierzę, że dojechałem.
Poczekalnia u lekarza to jedno z najgorszych miejsc, jakie znam. Mam się jeszcze dodatkowo zarażać od innych? Starczą mi moje dolegliwości, dziękuję bardzo. W dodatku te bachory, a na te akurat zawsze trafię. Latają po całym korytarzu, drą ryje, a rodzice to olewają. Jak można tak kogokolwiek wychować? Swoją drogą, ciekaw jestem, czy zauważyliby, gdybym którejś z pociech wyrwał język. Pewnie nie, bo w końcu nie mają czasu na pierdoły, więc co jeszcze stoi na przeszkodzie do wspaniałej ciszy? To pewnie niechęć do kontaktu między własną dłonią, a gębą smarka. Kto wie, jakie on tam rzeczy zdążył wyhodować.
Pierwsza osoba poszła, zostały jeszcze trzy, a gówniarz wali pospolitego focha, drąc japę niczym Chylińska za czasów zespołu O.N.A. Chociaż nie, ona akurat to ładniej robiła.
Może się powtarzam, ale jakim cudem nie przeszkadza to rodzicom i innym pacjentom? No, może z tymi drugimi nie jest tak kolorowo, aczkolwiek nie mogę mieć pewności, bo sam wolę czekać z dala od innych, za ścianą, więc nie widzę ich reakcji. Ale co z opiekunami? Chociaż z drugiej strony, skoro właśnie tak bachora wychowali, to nie powinienem się dziwić, że nadal to akceptują. Poczekajcie jeszcze parę lat, wtedy z pewnością zostaniecie nagrodzeni za swą postawę, zobaczycie. Przyjmując oczywiście, że do tego czasu nikt tego gnoja nie zabije. W końcu, wypadki chodzą po ludziach, jak już to zauważyłem.
Drugi pacjent, ależ zawrotna prędkość. Trzeba się skupić na czymś innym.
Lufcik. Kwadratowa perfekcja. Umiejscowiony zbyt wysoko, by cokolwiek z nim zrobić oraz otwarty, celem poprawy zdrowia wszystkich tu obecnych. Za nim dostrzegam niesamowitą czerń, tak wspaniałą i… nudną.
Wtem, przed moimi oczami pojawia się ochroniarz. Podchodzi do drzwi znajdujących się nieopodal, zagląda do pomieszczenia i wraca do swojej tajemnej kryjówki.
Sala do ćwiczeń rehabilitacyjnych, no tak. Pewnie musiał się upewnić, czy nikt przypadkiem nie wyniósł z przychodni rowerka albo innej zabawki.
Trzecia osoba. Proszę, z tą jakoś szybko poszło. Jeszcze tylko jedna.
Dzieciak najwidoczniej zmęczył się ciągłym krzyczeniem i zaczął biegać po korytarzu.
A żebyś tak się potknął i spadł ze schodów. Zresztą, chrzanić go. By zabić czas, trzeba pomyśleć o miłych rzeczach. Dajmy na to, jutrzejszym dniu. Środa. Chyba najbardziej znienawidzony przeze mnie dzień. Za każdym razem budzę się o czwartej i nie mogę już zasnąć, a efektem tego jest późniejszy brak możliwości skupienia się czymkolwiek. Odkąd pamiętam, zawsze środa była najgorzej rozplanowanym dniem. Kojarzy mi się z nią tylko strasznie naciągany lęk, stres i przede wszystkim, olbrzymie zmęczenie. Przeklęty środek tygodnia. Przynajmniej parę tygodni temu okazała się być najlepszym dniem, ale jutro tak z pewnością nie będzie. Obym przeszedł przez tę dobę bez żadnych problemów.
I tak przyszła pora na mnie…
Zdrowy. Nie tego się spodziewałem. Kaszlę niczym palacz, a tu dowiaduję się, iż jest to wynik podrażnienia gardła. Dobrze, że nie ma to żadnego związku z chorobą, ale wolałbym bardziej precyzyjną diagnozę. Cóż, przynajmniej okres zapalenie gardła i przeziębienia mam już za sobą.
Wychodząc z przychodni, dostrzegłem odjeżdżający tramwaj.
Nic nie szkodzi, już mogę trochę zmoknąć. Przejdę się pod czarnym jak smoła niebem, a co tam.
W połowie drogi zwróciłem uwagę na jedną latarnię. Jej blask przepięknie oświetlał spadające krople deszczu i choć marzłem, poświęciłem na podziwianie tego obrazu jeszcze parę chwil.
– Piękne.